Ta, wszystko wskazuje na to, że tylko tutaj, w ciszy i pustce nikt nie będzie się czepiał tego, że nie podpisuję się nazwiskiem. I starczy to jedno miejsce, bo czemu nie.
Trwa odliczanie i trwają lekkie nerwy. Niedługo obrazek wiatający okrutny świat się trochę zmieni. Bo blat będzie inny, a Świat zrobi się ciekawszy i okrutniejszy.
Widziałem wczoraj “Dług” – tegoroczny film szpiegowski o agentach Mossadu polujących na Niemca ukrywającego się w Berlinie wschodnim, a potem na Ukrainie. Spoglądałem na ekran z niedowierzaniem. Cały film zorganizowany wobec kultu szpiegostwa czasów Zimnej Wojny, obrobiony tak, żeby być realistycznym i mrocznym. Tylko dalej agenci nie maja problemu z tym, żeby uderzyć kogoś w tył głowy a ten ktoś po paru godzinach budzi się bez problemów neurologicznych, gotów do wyprowadzania ich z roli one-linerami i przemowami o wyższości aryjczyków nad niearyjczykami.
Nie mogę już patrzeć na to spięcie pośladów. Jedyny uczciwy obraz wszystkich możliwych wywiadów jaki widziałem na ekranie, to kapitan Flagg, w serialu MASH. Nadęty, opętany paranoicznymi teoriami, za tępy żeby poszukać pomocy dupek. Kiedy więc młodzi i przystojni chłopcy, wraz z fakabilną agentką robili zasadzkę zakładającą założenie Złemu Niemcowi na głowę szczupłych nóg podczas badania ginekologicznego i zrobienie mu zastrzyku z magicznej substancji usypiającej nie tworzącej gigantycznego ryzyka zawału serca u zastrzykiwanego, mnie przetaczały się przez głowę myśli o rzeczywistości. O tym, że ten cały Mossad ze swoimi akcjami na terenie innych krajów, to grupa ogłupiałych stworków, bawiących się w Tajne Akcje za pieniądze podatników z USA. Warci tyle samo co Operacja Stargate, która przez wiele lat wysysała pieniądze z CIA na eksperymenty z kolesiami twierdzącymi, że maja magiczne paranormalne moce.
A kiedy słuchałem głupiego pierdolenia agencików o tym, jak ważne jest, żeby Niemiec, chirurg z Obozu Koncentracyjnego miał Proces i żeby Prawda Została Ujawniona, do głowy przychodziło mi tylko, że przecież koleś był w Berlinie Wschodnim, wiec w miejsce organizowania Tajnej Akcji i zabijania żołnierzy pilnujących stacji kolejowej, wystarczyło dostarczyć dowody i dokumentację miejscowym komunistycznym władzom, które chętnie osądziły by faszystę z taka historią.
Serio, walić Tajne Służby, pierdolić CIA, jebać Mossad, wielki kij w dupę WSI i AW. Zaakceptować można tylko MI-6 i tylko w filmach z Bondem.
Na początku: to samo wywnioskujecie z krótszych, sensowniejszych, lepiej napisanych, i nie przepełnionych do wymiotu przesadnie rozbudowanymi porównaniami tekstów, znajdujących się tu: http://eliwurman.tumblr.com/ i tu: http://ognia.berzerk.pl/2011/05/bolanda-bieda-metal/.
Zaczyna się jak zawsze z jednej strony i zaczyna się tak:
http://www.youtube.com/watch?v=_cVnhcor_Oo&feature=youtu.be
Blond wokalista, ma coś nie tak z konstrukcją. Ubrany w kurtkę z dermy, stylowe okularki, typowe dla kolesia z Warszawy co to uważa, ze jest Madonną , no dla ukonkretnienia obrazu, powinien mieć jeszcze na nogach kowbojskie buty z ostrogami. Do tego perkusista, gitarzysta (obydwaj w sposób znaczący dokładają się do obrazu nędzy, rozpaczy i uduszonych sznurkiem od snopowiązałki malutkich piesków) i tłum (zapewne) żołnierzy, wsparty przez łażący po moście, zbrojny w bezczeszczone co pół tuzina sekund biało-czerwone flagi oddział licealistów. W tle leci piosenka cienka jak dupa węża-anorektyka, głupia jak sprawdzanie czy trawa rośnie o piątej rano i nonsensowna.
I tak, wiem, że to teledysk. Ale czy permanentne łamanie symetrii kadru jest w jakikolwiek sposób usprawiedliwione? I tak, wiem, że to teledysk, ale czy operator nie pomyślał przez chwilę, że flary od słońca napierdzielające po kadrze na prawo i lewo to zły pomysł? I tak, wiem, że to teledysk, ale czy do niepojęcie nieinteresującego obrazu na którym żołnierze wybiegają z koszar i atakują kopiec kreta zaraz przed drzwiami, nie można by dodać dla smaku paru scen w których piłą ręczną upierdalają sobie nawzajem nogi (na strzały w stopę już za późno)?
No dobrze, drodzy autorzy, opowiem Wam parę rzeczy:
Wiecie czemu szarży wojska nie filmuje się z góry?
Bo na ekranie wychodzi wtedy grupka naćpanych hobbitów próbujących ustalić kto im zabrał owsiankę. Od tego jest plan amerykański, poważnie.
Wiecie co to jest steadycam?
A, tak. Nie wiecie.
Wiecie co znajduje się za grupą żołnierzy i blondynkiem bezczeszczącym flagę na poniższym obrazku?
Ja też nie wiem, ale każdy normalny człowiek widzi, że oddział jakichś 30 osób zdobył sławojkę.
Tak, cholera. Przynieśliście wstyd wszystkim, którzy kiedykolwiek choćby trochę polubili kraj zwany Rzeczpospolitą Polską. Powinniście samodzielnie zamknąć się w areszcie domowym. Spowodowaliście masę bólu i dobrze o tym wiecie. Wykorzystaliście młodych ludzi, uczniów gimnazjów i liceów, by wykreować cos tak brzydkiego, że przez najbliższe pół roku dobrzy chrześcijańscy ojcowie rodzin będą pić herbatę nosem, bo to zajęcie zdecydowanie przyjemniejsze od oglądania i słuchania Waszego dzieła.
Mam nadzieję, że pochłonie Was jebane piekło.
ALE TO NIE KONIEC, PRAWDA?
Nie dość, że narobiliście sobie wstydu, nie dość, że zgwałciliście uszy melomanów i oczy każdego człowieka na Ziemi, który ma działający nerw wzrokowy i więcej niż ćwierć mózgu mrówki. Musicie iść dalej, maszerować równo, póki wszystkich nie trafi szlag.
Bloger Eli Wurman (Czemu autokorekta Worda zmienia to na „Furman”?) jest ode mnie zdecydowanie spokojniejszy. Nie dostaje złości, wszystko ma równo poukładane w szufladkach, wie gdzie skarpetki, gdzie majty, herbatę miesza trzy razy w prawo i raz w lewo. No, człowiek idealny – dlatego gdy ujrzał to wszystko o czym powyżej pisałem, zwyczajnie przyśpieszył materiał filmowy i podłożył pod niego ścieżkę dźwiękową pasującą do czegoś innego niż szybkie, przyjmowane z obrzydzeniem fellatio w melinie pełnej zużytych strzykawek po kompocie.
Efekt jest taki:
http://www.youtube.com/watch?v=s8trd3WACRA&feature=youtu.be
Na reakcję ludzi nie potrafiących zrobić niczego sensownego nie trzeba było długo czekać. Otrzymał zbiór marnych pogróżek napisanych przez Małgorzatę Zakrzewską, reprezentującą (jak się zdaje) zespół wykonujący opisywaną abominację.
Utrzymuje ona, że bloger wykorzystał „materiały nieudostępnione” i twierdzi, że to „w klasyfikacji czynu prawnego kradzież”. Otóż chciałbym ją poinformować z tego miejsca, że gołym okiem widać, ze teledysk wykorzystany przez Eliegio znajduje się na youtubowym koncie „RockNiepodległosci” i niech se właściciela tego konta ściga, a ponadto w klasyfikacji działania istot ludzkich reprezentujących jako-taki intelekt, jej pisanina to tzw. „debilizm”.
Następnie Pani Małgorzata Zakrzewska rzuca w tłum niewinnych spacerujących leśną ścieżką sierot granat pisząc:
„Ponadto nadmieniam, że wyśmiewanie się z wartości patriotycznych, na których widnieje Flaga Polska jest wg prawa polskiego przestępstwem karanym do 5 lat więzienia.”
Pani Małgorzato – Wasz teledysk i piosenka wykonywana przez zespół „Magnetar” to najkoszmarniejsza kpina z flagi narodowej, jaką ktokolwiek, w najbardziej zboczonych snach, mógł sobie wyobrazić.
Nie mam nic więcej do dodania.
EDIT: A jednak coś do dodania mam: eli napisał notkę opisującą wszystko ze swojej perspektywy, więc ewentualni zbłąkani przybysze, proszę tędy: http://eliwurman.wordpress.com/2011/05/15/zartom-i-wyglupom-nie-bylo-konca/
Nie lubię tych momentów, gdy jest coś do zrobienia, ale umysł przykuwa cokolwiek innego. I to nie coś zabawnego, czy sensownego, ale zwyczajnie nie będącego tym, co robić się powinno. Zawsze istnieje jakieś wyjście z takiej sytuacji i zwykle wymaga ona odwołania się do siły wyższej. Dlatego, ze względów ogólnie ewangelizacyjnych, chciałbym przekazać wszystkim.
KNEEL BEFORE FOUR GOD, BABYLON!
I czas wrócić do zajęć. Jaki to straszny luz, jak nie ma się nic do powiedzenia.
To tylko tak, żeby nie przepadło w otchłani blipa.
Z powodu większej niż zwykle odległości od normalnego sprzętu fotograficznego, dowód który chciałem Państwu zaprezentować może być odrobinę nieczytelny. Dlatego w imię sprawy, jak każdy poważny obywatelski bloger śledczy, bezpośrednio pod obrazem postanowiłem umieścić pełen zapis udokumentowanych rozmów.
Transkrypcja:
Obrazek nr. 1:
Jeden z Braci Be otwiera podejrzanie wyglądającą beczkę. Drugi Brat Be: Jazda z tym rozpylaczem! Jak dotąd mgła ochroniła nas przed ciekawskimi oczami!
Obrazek nr. 2:
Siostrzeniec: Czyli mgła to też ich sprawka! (Za nim, niezidentyfikowana postać werbalnie imituje śmigło).
Obrazek nr. 3:
Słychać strzały.
Obrazek nr. 4:
Niezidentyfikowana postać: Jazda! (Najprawdopodobniej wezwanie do szybszego dobijania tych, którzy przeżyli.)
Mam nadzieję, że wobec zaprezentowanych dowodów, władze przestaną wreszcie udawać, że zamach nie miał miejsca. Jeśli po opublikowaniu tej notki więcej się nie odezwę, wiedzcie drodzy czytelnicy, że dopadli mnie siepacze Tuska, Braci Be i Putina.
Trzeba opowiedzieć przestrzeń tej zbrodni na zdrowym umyśle. Anomalia wciąż tkwi w pamieci, świeża, więc pali wstydem bardziej niż zwykle.
Wyszedłem a pracy, na zewnątrz było ciemno, a C.H. Powoli się wyludniało. „Wyszedłem” nabiera w tym przypadku charakteru stopniowego. Najpierw, po zasunięciu rolet wyszedłem w pasaż, a potem dopiero na zewnątrz, na złośliwie nierówny chodnik. Czemu złośliwie zapytacie? Pewnie macie to w dupie, ale i tak opowiem. Otóż ten chodnik ma nawierzchnię z tych po których bez problemu przemaszerujesz setkę razu, na autopilocie, po dwunastu godzinach pracy, na haju i na rękach. Ale jeśli trafi się człowiekowi nieść coś ciężkiego, albo na przykład mieć wykręconą kostkę, chodnik zamienia się w powierzchnię pieprzonego księżyca, a każda kostka chodnikowa wychylona jest w inną stronę. W każdym razie, jestem przekonany, że nad konstrukcją wejścia do Centrum w którym pracuję siedziało kilku geniuszy zła na pełen etat. Przez dekadę.
Przed automagicznie rozsuwanymi drzwiami stała dziewczyna przymocowana do wyładowanego zakupami wózka. Dziewczyna była drobna, raczej młoda, ale zauważyłem ją nie z tych powodów, ale dlatego że znacząco wymachiwała głową w moją stronę i w końcu szarpnęła wózek, by do mnie podejść. Surrealizm sytuacji pogłębiał głośno sapiący pijany koleś, wpatrujący się w nią przenikliwie, a stojący nieopodal.
„Czy może mi Pan pomóc?” – zapytała, a mnie zrobiło się wielkie „WAT?” bo po pierwsze na Pana trzeba mieć kasę i wygląd, a po drugie w ogóle o co cho. Ponieważ jednak zapytała grzecznie, a jak człowiek wyjdzie z pracy po 12 godzinach i czuje we włosach ten szalony wiatr wolności (w Krakowie niosący dodatkowo pyły przemysłowe znad Londynu, miazmaty, odór stęchłej ryby i zwyczajny smród konserwatyzmu), to pozytywne nastawienie do życia jest oczywistością – bez wahania zapytałem, w czym mogę pomóc. Poprosiła, żebym odprowadził ją do samochodu bo się boi. Zgodziłem się i w pierwszej chwili nie bardzo kumałem, czego tu się bać. Znaczy owszem, było ciemno, ale ostatecznie nie znajdowaliśmy się na pustyni bez latarń, ale na akceptowalne oświetlonym parkingu przed marketem. Ruszyliśmy i wtedy zdradziecki i podły chodnik dał o sobie znać. Wózek dziewczyny utknął na dobre między płytkami a asfaltem, na ni-to-progiu-ni-to-schodku zbudowanym ewidentnie i bez cienia wątpliwości w celu udręczenia uczciwie pracujących obywateli. Chwyciłem wózek, uniosłem go, przesunąłem kawałek dalej, dziewczyna westchnęła kompletnie nieadekwatnie, a pijak zaczął sapać tak, że zmartwiłem się, czy nie grozi mu hiperwentylacja. To był ten moment, kiedy byłem kawałkiem mięsa, poruszanym trzema sygnałami nerwowymi na krzyż z czego dwa odpowiadały za pracę nóg, a jeden chuj wie za co. W każdym razie sytuacja robiła się abstrakcyjna, nie mogłem jej pojąć, wszechświat był niespójny – nie myślałem.
Dziewczyna zaparkowała cholernie daleko, jakby celowo wybrała sobie jedyne miejsce na parkingu, które o godzinie 21:00 będzie puste i nieoświetlone. Po drodze tłumaczyła mi, że ten sapiący pijak ciągle za nią chodził i że parę razy próbowała podjechać wózkiem do samochodu sama, ale szedł za nią, a gdy zawracała on też zawracał. Obejrzałem się, pijak wpatrywał się w nas. Zrobiło mi się naraz wszystko i trochę więcej. Przecież to oczywiste – facet chciał zaczekać, aż dziewczyna wyładuje zakupy i zapytać, czy może odprowadzić wózek, żeby zabrać se złotówkę w zamek. Jeśli planował okraść ją, na parkingu Centrum Handlowego, wśród ludzi i kamer, zasługiwał na wszystko co by go później czekało. A ochroniarze naszego marketu potrafią być dla złodziei bardzo niemili. Nie działo się nic szczególnego, a ja szedłem, spięty jakby cholera wie co się działo. Dziewczyna patrzyła na mnie z niewspółmierną do sytuacji wdzięcznością. Wszystko było na wyrost. A potem pomyślałem sobie, że wstydzić się będę później. I wyszeptałem do siebie bezgłośnie: „Dobry uczynek, Jeżyk, kurwa, Punisher”. I na ułamek sekundy poczułem się lepiej. Dobrze jest udawać.
I nie da się ukryć, że we mnie, jak w każdym facecie siedzi ten buc, którego w słowa tu ujął cześćjacek: http://czescjacek.wordpress.com/2010/11/25/byc-mezczyzna-to-byc-bucem/
Ale tak na serio – nie boli mnie to. Wystarczy tego buca za bardzo nie pokazywać. Na ente „dziękuję” odrzec „niemazaco” i odejść i przez chwilę się powstydzić.
Być mężczyzną, to głównie, dopuszczać do siebie wstyd.
Książka, którą widać na fotografii trafiła w moje ręce wczoraj, dziś znowu ja przeczytam, a potem może jeszcze raz i na koniec też parę razy. Bo frazy Douglasa Adamsa są śliczne, jego opowieści bez zadęcia piękne, przesadzone tam gdzie trzeba i przycięte tam, gdzie należy. Nikt już nie będzie tak pisać.
Od pierwszej strony, od opowieści o tym jak przedstawiciele małp (Adams i Cawardine) spoglądają na przedstawiciela małpiatek (Aj-Aj z Madagaskaru) i to ten drugi spogląda na pierwszych ze spokojną, odpowiednio dopasowaną do sytuacji mądrością, książka chwyciła mnie i nie chciała puścić. Dlatego ogłaszam: każdy kto nie da sobie tej szansy i nie przeczyta jej, jest idiotą. O! I niech się za bardzo nie przejmuje, bo ja idiotą byłem do wczoraj. Do chwili, gdy w taniej księgarskiej jatce nie wziąłem tej poznaczonej bliznami ometkowań, cieniutkiej książki. A metki, dla ukonkretnienia, opowiedziały mi ciekawą historię.
Wydana przez “Zysk i Ska” kosztowała 25 PLN i chyba w księgarni nie kupił jej nikt. Za to potem, na promocji w “Geancie” przyklejono jej metkę głoszącą “4.99″. Następnie w jakiś sposób przewędrowała do księgarskiej rzeźn, gdzie nieskutecznie próbowano sprzedać ją za 4.50. Gdy tę hańbiącą cenę przykryto korektą na “4.00″ w taniej jatce pojawiłem się ja. I musiałem wybrać miedzy nią, a zbiorem opowiadań Branima Regalicy. Co za, cholera, szczęście że nie próbowałem być zabawnym cwaniakiem, który dla hipsterskiego lansu kupuje kiepska literaturę.
Wracam do czytania. Wy też, jeśli będziecie mieli okazję, przeczytajcie coś.